

Serce lasotundry czeka. Nasza ekscytacja rośnie, gdy w drodze do drewnianego domostwa na odludziu dostrzegamy łosia o gigantycznym porożu i przydrożnego zająca o monstrualnie długich uszach. Co więcej, Magda, na co dzień doktorantka chemii w Helsinkach, podczas samotnego wieczornego spaceru staje naprzeciw dzikiego renifera, który nagle wyłania się z mgły i krzaków. To dość szalone (bo rano jeszcze w centrum stolicy, a potem: Okęcie-Helsinki-Oulu-Lentira), ale decydujemy się na dodatkowe, z marszu, wejście na długą noc do czatowni, poświęcając orzeźwiającą kąpiel i swój pierwszy (i bodaj jedyny długi) sen w wygodnym łóżku i białej pościeli. Ale nie żałujemy, bo od pierwszego dnia doświadczamy w fińskiej tajdze upojnych wschodów i pomarańczowo-różowych zachodów słońca, po których nadal pozostaje nieubłaganie jasno.
Złota godzina trwała chwilę. Niebo rychło zakryły chmury i z wolna zaczął zapadać zmierzch. Czekała nas ciemna - że oko wykol - noc w środku bezkresnej lasotundry. Ale w tamtej chwili, która już się nigdy nie powtórzy, kręciły się sójki, zakrakał kruk, a dzięcioł duży zapamiętale rozpruwał korę spróchniałej brzozy w poszukiwaniu larw bezkręgowców.
Z głębi matecznika wychynął zaś on. Cudownie oświetlony, okazały Ursus arctos.
Złota godzino, trwaj!

Drugiego dnia towarzyszą nam dalekie grzmoty. Ktoś mówi, że dzisiejszy gniew niebios jest pokłosiem wczorajszych manewrów, bynajmniej nie miłosnych, które przy pomocy maszyn latających rozpętał mały człowiek o wygładzonej jadem kiełbasianym wschodniosłowiańskiej twarzy i wielkim jak kula ziemska ego. Rozpruwając z łoskotem chmury na pograniczu fińsko-rosyjskim, ten imperator Północy mniema zapewne, że jest nowym Iwanem Groźnym, ale kraina tysiąca jezior i miliarda mokradeł przywita go, jak ma w zwyczaju, stając się wielkim cmentarzyskiem ciężkiego sprzętu bojowego ze wschodu.
***
Leje jak z cebra. Idziemy najpierw lasem, potem podmokłą łąką, a jeszcze później nader ostrożnie po śliskich i miękkich kładkach. Wokół bagna i trzęsawiska. I mchy bujne jak trawy. Objuczeni plecakami ze sprzętem fotograficznym (dwa teleobiektywy i dwa korpusy), ciuchami na zmianę, termosami i kanapkami, kolejną białą noc (14 godzin) spędzimy w czatowni przylegającej do niedźwiedziowego matecznika. Chroniczny brak snu, nacierające zewsząd moskity i niemożność umycia zębów wieczorem wydają się drobną niedogodnością przy chwytających mocno za serce i niepuszczających do rana obrazach. Mariusz za każdym świerkiem i brzozą widzi rosomaka, a ja szepcę co chwilę: „Niedźwiedź”, bo siwe, stalowoniebieskie i bladoróżowe mgły rodem ze skandynawskiej baśni kreują przed nami upragnione stwory. Iluzja na miarę naszych potrzeb i kreatywnych mocy cytoplazmatycznego oceanu z „Solaris” Stanisława Lema. Ale oto coś naprawdę porusza się we mgle. I idzie w naszą stronę. To bynajmniej nie Trulli, fińska mitologiczna wiedźma, paskudna i złośliwa, ale to red fox skrada się i poluje, a wygląda jak zmoknięta kura. Pojawia się i znika (potem następny), ale teraz jest dość blisko. Nasze bezlusterkowce go uwieczniają, podobnie jak na kartach pamięci w aparatach lądują mewy i wrony oraz bataliony, kwokacze i samotniki. Wciąż słychać dzięcioła czarnego, ale akurat do nas przylatuje duży.
Na wierzchołku drzewa siada kukułka.
Tajga oddycha pełną piersią, pełnią życia.
***
W maju w tajdze robi się ciepło i parno. Rano na zroszonej i grząskiej łące pojawia się zabłąkany batalion w szacie godowej, przybywa nieodstępująca się na krok i czujna para samotników oraz żerujący w płytkiej wodzie łęczak. Na tafli jeziora trwają zaś w najlepsze zaloty i gody bielaczków oraz mocno spóźnionych w tym działaniu gągołów.
Czas mija nieubłaganie, siedzimy już czwartą noc. Wielokrotnie widzieliśmy niekwestionowanego króla lasów Eurazji, czyli niedźwiedzia brunatnego, którego obecności można tutaj być absolutnie pewnym, ale też najbardziej skrytego oraz tajemniczego drapieżnika północnej Europy, który po kozacku potrafi przeciwstawić się wilczej watasze, czyli rosomaka tundrowego.
Należy do rodziny łasicowatych, ale nie lubi chodzić po drzewach, jak jego kuzyni, choć świetnie pływa i znakomicie wspina się po skałach. Typ samotnika. Nie jest przesadnie urodziwy – to fakt, chyba że patrzymy na piękno wewnętrzne: wtedy musimy uznać, że dzielność i odwaga to jego wspaniałe przymioty. Ma ostre zęby i pazury, długie i gęste futro oraz masywne stopy, dzięki którym po śniegu hasa jak rasowy narciarz biegowy. Zjada padlinę, owszem, a nawet jagody, ale potrafi również zapolować na jelenia czy renifera, którego goni wytrwale, zamęczając go długim pościgiem na śmierć. Nienawidzą go kłusownicy i myśliwi, albowiem, choć niski, chytrością i sprytem przewyższa ich o głowę – wybierając zwierzęta z sideł i potrzasków, a nade wszystko umiejętnie omijając nastawione nań wnyki. W przeszłości przypisywano mu krwiożerczość i żarłoczność, ale to gruba przesada, wynikająca z faktu, że jest bodaj najsłabiej poznanym i najbardziej tajemniczym drapieżnikiem Europy. Na północy naszego kontynentu ostały się ledwie dwie populacje – skandynawska i fińsko-rosyjska.
Rosomak, którego nazwa kojarzy się w Polsce głównie z bojowym pojazdem opancerzonym, odważnie staje naprzeciw niedźwiedzia i… podobno daje radę. Jest nieliczny, ale wciąż jeszcze, chwała Bogu, zamieszkuje niedostępne rejony tajgi i tundry.
***
Na granicy zmęczenia, snu i jawy towarzyszy nam wisielczy humor i opowieść o tym, jak pod koniec lat 80. ubiegłego wieku latało się z Wilna do Tbilisi. W samolocie, który w męczarniach, ociężale i z wielkim trudem startował, a podczas lotu rzęził i się rozpadał, siedziały sobie oto wygodnie babiny z kurami.
Moje podniebienie, mój język i mój przełyk czekają już na sok jagódkowy, który nieodmiennie serwują z wdziękiem stewardessy w rejsach Finnair.
Z zadumy wyrywa mnie Ari, człowiek tajgi, blady i opanowany, który na lotnisku w Oulu klepie mnie flegmatycznie po ramieniu:
- See you next year, Pawel.
- Yea. See you next year, Ari.
Rzeczywiście, wrócę tu za rok. W fińskiej tajdze czas płynie wolniej. Bo kiedy po powrocie staję w drzwiach, okazuje się, że wszyscy domownicy postarzeli się bardziej ode mnie.
Autor tekstu i zdjęć: Paweł Czapczyk





