

Nurzyki, poupychane ciasno na półkach skalnych, zespolone z klifem w jeden żywy organizm, wyglądają jak przytulone do siebie dzieci w azjatyckich suburbiach. Dzięki temu skutecznie opierają się silnym i gwałtownym podmuchom wichru.
Piasek chrzęści w kieszeniach i miedzy zębami. Co chwilę przecieram włosy, oczy i filtr założony na obiektyw. Na szczęście znajduję nieckę i chyżo w niej zalegam. Genius loci. Kojąca obecność Morza Północnego. Nigdy nie morsowałem, ale... Czuję miękkość i wilgoć, bo pęcherzykowate algi tworzą pode mną rodzaj organicznego materaca. Kocham ten ostry, świdrujący nozdrza zapach, żywiąc mocno atawistyczne i radykalnie zuchwałe przekonanie, że wracam w ten sposób do korzeni. Że w zdumiewającym fenomenie ciągłości życia przed miliardem lat byłem oto glonem morskim, prymitywną algą, która nie tylko reagowała na proste bodźcie, ale czuła i ewoluowała.

Fot. Paweł Czapczyk
Nicetas, Grek, którego spotykam przed zachodem słońca na klifie, z uporem „czesze” skały, załomki i szczeliny, a nawet pełne morze w poszukiwaniu fulmara.
Fulmar jest dużym ptakiem przypominającym mewy, a Nicetas jest niewysoki i delikatnie zrozpaczony. Na Helgoland przypłynął specjalnie, żeby sfotografować gatunek, który, szybując, rozpościera jedynie skrzydła, i wcale nimi w locie nie porusza. Radzę mu, żeby udał się bardziej na północ – może na Islandię, może na Wyspy Owcze. Ale rano spotykam go znów, na deptaku, przed piekarnią, w której kupuję przepyszne bułki nadziewane wiśniami. I jakby nigdy nic mnie pyta: „Widziałeś fulmara?”. Nicetas jest niezmordowany – za nic ma głuptaki, których jest ostatnio mniej, gdyż przed dwoma laty zdziesiątkowała je na wyspie ptasia grypa.
A ja się nimi – ich zachowaniami i interakcjami w kolonii lęgowej – wprost nasycić nie mogę.
Fot. Paweł Czapczyk
Marjeta, Słowenka, która od ćwierćwiecza mieszka na Helgolandzie, w każdą niedzielę maszeruje z kijkami. Podczas spacerów dookoła wyspy towarzyszy jej mąż, ale on się często zatrzymuje i obserwuje ptaki. Ile razy w roku opuszczają Helgoland? Wcale. Może raz byli na stałym lądzie. Bo po co? „Tu mam wszystko, czego potrzebuję. Moją knajpę i cały świat” – mówi Marjeta.
Ptaki obserwuje i fotografuje również Jarek, Polak, który przyjechał tu na początku wieku. Myślał, że na krótko, że w odwiedziny do siostry i do sezonowej pracy, ale został na stałe. Jest windziarzem, a od czasu do czasu obwozi niemieckich turystów wycieczkowym meleksem. Sugeruje i radzi, żebym przyjechał tu zimą i popłynął na Düne, bo wtedy rodzą się puchate, białokremowe szczenięta, czyli pulchne, pocieszne i niezaradne foczki, a kruki, wrony i mewy mają używanie: rozpoczyna się krwawa uczta, czyli walka o łożyska pozostawione na śniegu przez focze mamy.
Z kolei Jakob to sympatyczny i rozmowny Czech pracujący w pizzerii. Kiedy podaje nam pepperoni, zagaduje po polsku. Zauważam, że krzątająca się obok, rezolutna i uśmiechnięta dziewczyna też jest Czeszką. Jakob się prostuje i patrzy mi w oczy: „To moja żona”.
Tymczasem rosła blondyna o pucułowatej twarzy nordyckiego amorka, któremu czas zatarł i wiek, i płeć, wstaje od stolika. Wydaje się wyższa ode mnie. I szersza nie tylko w biodrach, ale i w barach. Nie oceniam, jeno opisuję. Jednak kiedy do swojego partnera, kończącego posiłek, mówi „schnella”, nieuchronnie wpycha mnie w objęcia stereotypu, za którym murem stali w moim dzieciństwie krzyżacy i kapitan Kloss oraz czterej pancerni i pies, a nad nimi czarne chmury.
Znowu stoimy na klifie i Jarek rozsnuwa teorię, że niektórego głuptaki mają czarne tęczówki oczu, a nie klasycznie białosine, bo dwa lata temu przeczołgała je ptasia grypa. Przeżyły, ale swoje odchorowały. Do dyskusji włącza się Thomas, niemiecki ornitolog, który mówi, że czerniejące tęczówki oczu to raczej wynik nagłych zmian ciśnienia w dwóch środowiskach. Otóż głuptaki z impetem pikują z trzydziestometrowej wysokości, a potem nurkują w wodzie, łowiąc ryby. „Te raptowne zmiany ciśnień powodują uszczerbki w tęczówkach, oczy czernieją, a głuptaki ślepną. Ptaki, mające obie tęczówki smoliste, są ślepe. I przypuszczalnie wkrótce padną z głodu”.
Erozja klifu postępuje, czasem na brzeg i na plażę spadają odłamki skał. Głuptaki znoszą algi, trawy i fragmenty sieci, by budować prowizoryczne gniazda na skałach. Droczą się i przekomarzają. Niektóre walczą o źdźbła trawy, o skrawek nylonu, podkradając sobie budulec. Inne tokują i kopulują. A jeszcze inne siedzą już na jajach. My zaś patrzymy na czerwieniejące słońce, które znalazło się właśnie na linii horyzontu. Wdychamy rześki wiatr i rozmawiamy. Rozmawiamy.

Fot. Paweł Czapczyk
Pora odpływu. Leżę tu, gdzie wczoraj było morze. Turlam się jak przedszkolak, tyle że z wdziękiem zasapanego morsa, i oczywiście z mniejszą od kilkulatków energią i werwą. W przedszkolu przeżywałem codzienną traumę i koszmar popołudniowego leżakowania, a ile bym teraz dał, gdyby opiekuńcza i ciepła ręka dobrej pani Izy, pościeliła mi dziecięce łóżeczko…
Podchodzi Ingrid, która wygląda ja Pippi Langstrumpf, tyle że 30 lat później.
Tu będzie strefa fok, musicie się wycofać za pobliskie kamienie – mówi do mnie i A. stanowczym głosem. Ingrid monitoruje życie morskich ssaków i dba o ich dobrostan na bezludnej wyspie.
I rzeczywiście, kiedy powoli opuszczamy osłonioną od wiatru zatoczkę, foki jakby na to czekały. Wyłaniają się z głęboczków, powstają z morskiej piany – niczym Wenus według podania Hezjoda. Niesamowite, ale każda z wzbierających fal przynosi kolejnego osobnika. W zatoczce robi się gęsto. Szał ciał. W kropki bordo i szare łaty, prawie białe i antracytowe, beżowe i biszkoptowe, brązowe i czarne. Nie ma dwóch identycznych osobniczek, nie ma dwóch bliźniaczo podobnych osobników. Z żalem opuszczamy przytulną zatoczkę i piasek z namorzynami, których ostry zapach wciska się we wszystkie pory skóry i przenika do szpiku kości. Omijamy dogorywające wśród kamieni meduzy i mątwy, idziemy fotografować kamuszniki.
- A ile jest fok na wyspie? – pytam na odchodne Ingrid.
- Obenie 600.
- A ptaki? One też mają strefy ochronne przy brzegu?
- Nie. Za ptakami możesz chodzić, gdzie chcesz. Foki są ważne. Düne to wyspa fok.

Fot. Paweł Czapczyk
Opis fotowyprawy na wyspy Helgoland i Düne.
Autor tekstu i zdjęć: Paweł Czapczyk





